Blog ten, to przemyślenie czekającego na powrót archeologa poszukującego przygód na krańcu Europy..
Zakładki:
Ciekawe blogi...
RSS
niedziela, 06 maja 2007
Animated version of the Bayeux Tapest

Super FILMIK...

sobota, 25 listopada 2006
 
niedziela, 04 czerwca 2006
An Mhainistir Mhor...

...czyli Mellfont Abbey

Mainistir Bhuithe...

...czyli Monasterboice

Shinty, shinty bus...

...czyli słów kilka o szkockiej grze na Irlandzkiej ziemii...

Ten kto czytał bloga Dzwoneczka o grze, która Shinty się nazywa, temu nie muszę tłumaczyć jej zasad, zaś ten któremu ta gra zupełnie nie jest znana niech się sam z nią zapozna (blog Dzwoaneczka).

czwartek, 01 czerwca 2006
...pierwszy dzień w Irlandii...

...był to piątek, czyli 26.05.2006. Niestety po bardzo krótkim odpoczynku, bo po zaledwie kilku godzinach snu, mój mały dzwoneczek musiał wstać do pracy, czyli na wykop. Nie chcąc tracić ani sekundy ze wspólnego obcowania postanowiłem odprowadzić ją do centrum miasta gdzie miała się spotkać z resztą ekipy. Z jednej strony bardzo chciałem z nią pojechać na wykop, taka archeologiczna ciekawość mnie zżerała jak to tam wygląda, jak ludzie, z drugiej zaś strony trochę mi było głupio przeszkadzać jej w pracy. Bądź co bądź była w pracy. Niespodziewanym wybawcą z mojego małego dylematu okazał się sam szef Dzwoneczka, niejaki M., który sam zaproponował żebym pojechał na wykop. Nie ukrywam, że sprawił mi tym wielka radość. No więc zabrałem się zresztą... Kilkoro z nich poznałem jeszcze zaczym wsiedliśmy do samochodu. Był tam M, oraz drugi M - półirlandczyk, półamerykanin, A.-Hiszpan współlokator mojego słoneczka, oraz H. Angielka. Wszyscy oni byli archeologami. Jak się okazało wykop znajdował się spory kawałek od miasta i rzeczywiście bez samochodu ani rusz, półgodziny marszu jak się patrzy. Zaczym jeszcze zdążyliśmy dojechać na stanowisko, doszły nas niepokojące wiadomości, że w nocy było włamanie do baraków na stanowisku...no nie zapowiadało się za ciekawie...

Jak już byliśmy na miejscu okazało się ktoś ukradł wszystkie narzędzia niezbędne do pracy i ekipa nie miała sprzętu do pracy. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło... :) ...miałem chwilkę czasu żeby poznać resztę ekipy... czworo Litwinów, pięcioro Polaków, jednego Węgra...niezła zbieranina... :) ...          

      Wielki M. postanowił jednak dość praktycznie spędzić czas, niezbędny na zorganizowanie nowego sprzętu... odbyło się szkolenie "na sucho" z eksploracji obiektu...

Po szkoleniu postanowiłem już nie przeszkadzać Dzwoneczkowi, no bo przecież była w pracy, a ja jako osoba teoretycznie z zewnątrz nie powinienem się po wykopie szwendać, więc wróciłem do miasta, żeby trochę pozwiedzać i zrobić małe zakupy.. a wieczorem zostaliśmy zaproszeni na Shinty, o którym już Dzwoneczek wcześniej pisał... a potem na wspólną kolację... ale o tym może jutro ...

wtorek, 30 maja 2006
Irlandia jest taka zielona...

Długo nic nie pisałem, ale miałem dobry powód... byłem u swojego irlandzkiego słoneczka... ach jak było cudownie...wreszcie wiem, że daje sobie radę i naocznie przekonałem się, że wszystko jest ok. Chociaż wcale nie oznacza to, że się o nią nie będę martwił...no ale to historia na inny

 rozdział...

Dziś zamieszcze krótkie (bardzo) streszczenie mojej wizyty...

Czwartek 25.05.2006

            Wstałem o 3.20 nad ranem, ażeby zdążyć na pociąg do Katowic, skąd transportem busowym :) dostałem się na lotnisko do Pyrzowic. Na miejscu byłm o 13.00 a samolot odlatywał dopiero o 20.00...strasznie się wynudziłem...godziny mijały tak wolno, jednak świadomość, że z każdą z nich zbliża się spotkanie z moim szczęściem pozwalała mi zapomnieć o wszelkich niedogodnościach... Wreszcie 18.00 zaczyna się odprawa...szybko ją przeszedłem nawet mi bagażu nie sprawdzali... ale i tak nie zadużo tam miałem.. poza jedzeniem (smalec, pasztety, zupki zalewajki itp. - prowiant dla słoneczka), kilkoma rzeczami pierwszej potrzeby, bez których mój skarb rady sobie nie daje (książki, linijki, ekierki, kremy do rąk, kalka techniczna - czyli First Aid)...

...godz. 20.00 odlot...nareszcie...w samolocie siedziałem na swoim ulubionym miejscu ...przy oknie tuż za kabiną pilotów...uwielbim latać i podziwiać świat z wysoka...to jedna z tych rzeczy, które relaksują mnie najbardziej na świecie...

    Okazało się jednak, że w samolocie jest przysłowiowy full...prawie wszystkie miejsca były zajęte, a na domiar złego obok mnie siedziała dziewczyna, która pierwszy raz w życiu leciała samolotem (strach w oczach) a przy niej facet około 50'tki, który najwyraźniej  "poczuł" się rycerzem i na wszelkie sposoby próbował umilić lot współpasarzerce. Generalnie za dużo gadał... Mijały minuty, godziny, ja już byłem myślami na lotnisku w Dublinie...już brałem bagaże, już wsiadałem do autobusu jadąceg z lotnicka do centrum...już przesiadałem się do ostatniego autobusu do N. gdzie jechałem... a tu nagle z głośników słychać głos kapitana, który z radością informuje, że lot jest opóźniony i napewno nie wylądujemy o czasie... no i byłem przysłowiowo uziemiony...nie było takiej siły żeby jeszcze togo wieczoru dojechać do N. a co zatym idzie również do swojego słoneczka... :(

...ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło..niechcący podsłuchałem, że ten miły gentelmen, który zabawiał przestraszoną niewiastę, jest robotnikiem, który również jedzie do N. i żeby było śmieszniej ktoś po niego przyjeżdża busem...długo się nie zastanawiając niby przypadkiem włączyłem się do rozmowy...po jakimś czasie jak już nawiązała się między nami miła atmosfera...uderzyłem...delikatnie zapytałem się dokąd jadą pozwoliłem sobie wyrazić wielkie zdziwienie, że ów Pan jedzie w to samo miejsce co ja... Sprytnie poprowadziłem rozmowę w taki sposób, że ten mężczyzna zproponował mi sam podrzucenie do N. Nie powiem bardzo mnie to ucieszyło, pomyślałem, że szybko dojadę do swojego słoneczka... Jak się okazało podóż, która miała trwać godzinę, trwała dobre ponad dwie i pół, bo kierowca, który przyjechał kompletnie się pogubił jeszcze w Dublinie... najważniejsze, że koniec końców wreszcie dojechałem...

...poniżej kilka zdjęć z Irlanndii...dalszą historię wraz z nowymi zdjęciami zamieszczę jutro...miłej lektury...

...ciekaw jestem, czy mój dzwoneczek odkrył już, istnienie tego kontrbloga :)... nawet jak tak to narazie milczy...zobaczymy kiedy to się zdarzy... bo co do tego, że się zdarzy to raczej jestem pewny... :)

poniedziałek, 22 maja 2006
...a u nas świeciło słońce...

Właśnie jestem po lekutrze mojego ulubionego bloga. Muszę powiedzieć, że bardzo zazdroszcze tej Pani archeolog, m. in. tego, że jest wymęczona tym wylewaniem wody i kopaniem gliny, tak bardzo, że nie ma siły pisać...

...sam z wielką chęcią bym sobie pokopał... a czy już wspominałem, że ja też jestem archeologiem...no tak prawie, bo jeden dyplom już mam, studia skończyłem ale od dwóch lat się obronić nie mogę...ale mam nadzieję, że to już niedługo nastąpi (może kiedyś napiszę o swoich skromnych odkryciach mazowieckich). W tej chwili, pracuje zupełnie nie w zawodzie, od dwóch lat zmagam się z byciem marketingowcem... i żeby było śmieszniej w jedne z największych europejskich hurtowni f. ... nie pytajcie jak tam trafiłem, bo napewno nie przez doświadczenie zawodowe, ale to historia na zupełnie inny czas...

W każdym bądź razie strasznie tęsknię za wykopaliskami, za ciężką praca w w pocie czoła w upale, a nawet i w deszczu. Brakuje mi tego jedynego w swoim rodzaju dreszczyku związanego z odkrywaniem czegoś, co prez wieki było ukryte dla ludzkiego wzroku. Tych wydobywanych z ziemi mniejszych i większych znaleźisk, tych mniej wartościowych i tych drogocennych. Kto raz coś kiedyś znalał wie dobrze co to za uczucie. Dlatego powiem szczerze gotów jestem rzucić wszystko i wrócić na łono nauki...chociaż archeologia nie jest wcale nauką...

 Niekiedy zastanawiam się co ja tutaj jeszcze robię...ale to już pewnie nie długo...

niedziela, 21 maja 2006
Wspaniała wiadomość...

Dziś rano, nieczego się nie spodziewając odebrałem maile, jakież było moje zdziwienie, gdy znalazłem wśród wielu dziwnych lub bardzo dziwnych, jednego o treści następującej: ...odkryłam w necie http://archeoblog.blox.pl/html... podpis XXX.

Niewiele myśląc, (trzeba dodać, iż autora maila znałem...nawet dobrze...a adres linku budził zaufanie)...kliknąłem na niego... otwiera się...i ... w pierwszej chwili nie wiedziałem co jest grane.... Patrzę, a tam znajome zdjęcia, szybko "przelatuję" na dół, a tam jeszcze więcej dość dobrze mi już znanych zdjęć. Niczym błyskawica, bijąc przy tym rekord prędkości czytania, czytam od góry do dołu, najpierw pobierznie, po łebkach... kurcze opisane sytuacje skądś kojarze...czytam dalej..już wydaje mi się, że wiem kto może być autorem bloga. To napewo ktoś ze znajomych mojej narzeczonej, która w tej chwili jest na wykopaliskach w Irlandii, ale cztam dalej... i mnie wcieło.. to nie ktoś tylko ona sama go pisze...no i bęc...

Powiem szczerze to mnie zaskoczyła... do tej pory słyszałem, że interesują ją blogi, ale nie wiedziałem, że sama zaczęła pisać...przeczytałam całego...i spododobał mi się... jest trochę o nas, trochę o wykopaliskach i trochę o innych reczach. Długo się nie zastanawiałem i postanowiłem, napisać kontr-bloga...

...czyli przeżyci drugiej połówki autorki archeobloga...